Utwór Lonely Day początkowo wydano jako zwykły singiel, doczekał się on jednak również teledysku, więc do rąk fanów trafił maxi-singiel z kilkoma trudnodostępnymi smakołykami. Piosenka jak na System nie prezentuje sobą niczego nadzwyczajnego, jednak do promocji albumu się nadaje, bo melodia chwytliwa i kawałek dość łagodny, była więc szansa, że wiele stacji radiowych go wyemituje. Na Hypnotize, z którego utwór pochodzi, jest to moment raczej mniej przyciągający uwagę. Druga pozycja - Shame - zarejestrowana we współpracy z raperem Wu-Tang Clanem raczej nie spodoba się przeciwnikom rapowania. Muzycznie jest to dość prosta łupanka, dość charakterystyczna dla Systemu. Przeróbka klasyka Black Sabbath - Snowblind - to już o wiele ciekawszy utwór. Zespół nagrał utwór zupełnie po swojemu, nadając mu zupełnie innego charakteru. Z pewnością wielu fanów BS powie, że to profanacja - ja osobiście uważam, że eksperyment ciekawy i udany. Kolejny cover - tym razem Metro zespołu Berlin jest pomysłem jeszcze dziwniejszym - szybkie i ostre refreny poprzekładano zwrotkami będącymi wynikiem spotkania systemowego brzmienia z czymś w rodzaju reggae czy też ska. Niemniej przy wersji oryginalnej, której nie lubię, i ten kawałek oceniam pozytywnie. Marmelade to kompozycja pochodząca z czasów debiutu zespołu - trudno powiedzieć dlaczego nie trafiła na debiutancki krążek, gdyż w niczym nie ustępuje wielu kompozycjom, które się na nim znalazły.
Na płycie znajduje się także teledysk do Lonely Day - klip również w karierze zespołu nie najlepszy, ale dobrze, że udostępniono go fanom w takiej formie.
WYDANIE
Singiel wydano dość skromnie, ale ładnie. Okładkę zdobi jedna grafika, która nie znalazła się w książeczce promowanej płyty (co oczywiście mam za plus), a jedynie wcześniej wydanego singla - jednak w zmienionej kolorystyce. W środku digipacka nie znajdziemy niestety książeczki ani dodatkowych bajerów - jest jedynie krążek umieszczony na plastikowej rozetce. Całość graficznie bardzo przypomina płyty Mezmerize i Hypnotize, ładnie prezentując się na półce obok tych dwóch.
Opakowanie: 2x digipack - dwu i trzyczęściowy, z możliwością połączenia w jedno wspólne pudełko
Zawartość pudełka: każde opakowanie zawiera jedną płytę i książeczkę.
Zawartość CD - Mezmerize:
1. Soldier Side - Intro
2. B.Y.O.B.
3. Revenga
4. Cigaro
5. Radio/Video
6. This Cocaine Makes Me Feel Like I'm on This Song
7. Violent Pornography
8. Question!
9. Sad Statue
10. Old School Hollywood
11. Lost in Hollywood
Czas trwania: 36:11
Zawartość CD - Hypnotize:
1. Attack
2. Dreaming
3. Kill Rock 'n Roll
4. Hypnotize
5. Stealing Society
6. Tentative
7. U-Fig
8. Holy Mountains
9. Vicinity of Obscenity
10. She's Like Heroin
11. Lonely Day
12. Soldier Side
Czas trwania: 39:46
MUZYKA
System of a Down, bez względu na to, co zespół planuje dziś i czy usłyszymy jeszcze kiedykolwiek nową muzykę stworzoną przez tę czwórkę muzyków, stanowi bardzo ważny punkt dla historii metalu - co do tego trudno mieć wątpliwości. Nikt wcześniej na taką skalę nie połączył ciężkiego, agresywnego brzmienia z porywającą przebojowością, a co najważniejsze, z ludową - w tym przypadku ormiańską - melodyjnością. Oryginalny styl, jaki powstał w wyniku tej mieszanki, nie sposób pomylić z czymkolwiek innym. Zadebiutowali materiałem nieco chaotycznym i gwałtownym, odnieśli błyskawiczny sukces wraz z wydaniem drugiego krążka, zaś dwoma ostatnimi albumami, stanowiącymi w gruncie rzeczy całość, pokazali, że ogromny sukces jak najbardziej im się należał.
Można powiedzieć, że Mezmerize i Hypnotize, planowane jako dwupłytowy album, ostatecznie wydane w niewielkim odstępie czasowym, to System of a Down "uczesane". Za to też wielu fanów pierwszych płyt krytycznie odnosi się do tej muzyki, choć sąd to nieco pochopny. Wprawdzie panowie występują coraz częściej w garniturach, Serj Tankian brodę zamienił na długie, kręcone włosy, a Daron Malakian rozśpiewał się bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej, jednak nadal nie przeszkadza to zespołowi krzyczeć, wygrywać rzeczy szalonych i wyśpiewywać jeszcze bardziej niepoprawnych. Po raz pierwszy w karierze zespołu album rozpoczyna się delikatnie, gdyż Intro to tylko krótka, prosta melodia, ale przecież wraz z wejściem pierwszego pełnego utworu (B.Y.O.B.) już mamy szaloną gitarową jatkę poprzeplataną natychmiast wpadającymi w ucho, popowymi refrenami. Wiele tekstów posiada odcień polityczny czy antywojenny, inne zaś mówią o bliższych zespołowi sprawach - graniu, ćpaniu, pieprzeniu i tym podobnych kwestiach. Jednak nie teksty w muzyce Systemu są najistotniejsze (choć niektórzy będą się przy tym upierali, wszak ich upór pomińmy wyrozumiałym milczeniem). Dwie płyty, trwające w sumie niespełna osiemdziesiąt minut, prezentują nam utwory, z których niemal każdy jest murowanym przebojem. Nie ma tu słabego punktu, przez co obu krążków słucha się znakomicie. Kiedy już zostaniemy zamęczeni agresywnymi riffami - choć także raczej dość melodyjnymi - znajdzie się chwila oddechu przy czymś spokojniejszym. Teksty w większości są na tyle proste, że po kilku przesłuchaniach śpiewają się same. W melodiach tkwią patenty muzyki ze wschodu (ach te ludowe zaśpiewy, czy zawsze-dobrze-brzmiący dwugłos w tercjach), które czasami wydają się być dziwnie znajome, co oczywiście jeszcze bardziej przykuwa do nich uwagę. Zespół nawet najbardziej wściekłe wrzaski wydobywa z siebie z entuzjazmem, który szybko udziela się słuchaczowi. Proste, ale doprawdy przepyszne riffy brzmią potężnie (znać ucho, rękę i brodę Ricka Rubina - choć znać także po przesadzie w poziomie głośności i gwałcie na dynamice, ale kto by się tym przejmował w przypadku takiej muzyki?), każdy fan porządnego, zdecydowanego uderzenia powinien być usatysfakcjonowany.
Trudno tu mówić o ambicjach do jakiejkolwiek koncepcji czy głębi, wszak o czystą frajdę chodzi. Ten zaś warunek spełniony jest śpiewająco, rozrywka to przednia i do obu albumów powracam często z wielką przyjemnością. Być może Toxicity zarówno dla samego zespołu jak i dla metalu w ogóle jest pozycją ważniejszą, niemniej Mezmerize i Hypnotize znać warto, szczególnie, że nie o jakimś średniaku tu mowa, tylko o materialne dopracowanym i pełnym satysfakcji z grania, którą szkoda by było przegapić. Jeśli więc są jeszcze tacy, którzy po sześciu latach od premiery nadal do albumu nie dotarli - bardzo polecam.
WYDANIE
Mezmerize i Hypnotize wydano jako dwa digipacki utrzymane w podobnej szacie graficznej (autorem grafik jest Vartan Malakian, ojciec Darona), obie okładki posiadają wypukłe, lakierowane elementy. Jak widać powyżej, o ile opakowanie Hypnotize otwiera się normalnie, to Mezmerize jest skonstruowane odwrotnie. Otóż Hypnotize posiada jeszcze jedną, mniejszą i skromnie wyglądającą część, (w środku matową i czarno-białą):
Ta dodatkowa część pasuje do kartonika opakowania Mezmerize i po wsunięciu weń, z dwóch opakowań powstaje jeden, gruby, elegancki digipack.
Płyty umieszczono na plastikowych rozetkach, grafika spod każdego krążka odpowiada tej umieszczonej na drugim dysku:
Również książeczki zostały wyposażone w dodatkowy bajer - rozkładane strony. W jednej po rozłożeniu otrzymujemy grafiki przedstawiające członków zespołu, w drugiej znajdują się teksty (szkoda tylko, że wydrukowane tak drobnym drukiem). Poza tym znajdziemy tam kolejne barwne grafiki Malakiana. Do obu płyt dołączone są banderole z nazwą zespołu i tytułem płyty (niestety, u mnie zachowała się tylko ta z Mezmerize).
PODSUMOWANIE
Po sześciu latach od premiery muzyka z podwójnego dzieła System of a Down nie zestarzała się ani odrobinę - nadal kopie. Nikt przed nimi i nikt po nich nie grał metalu w ten sposób i choć mogli wzbudzać kontrowersje, choć nie każdy musi ich lubić, choć znajdzie się wielu, których najróżniejsze elementy muzyki ormiańsko-amerykańskich brodaczy drażnią - nadal mają na świecie ogromną rzeszę fanów i wbrew pozorom nie są to tylko kudłate nastolatki, czy dwudziestoparolatkowie, którzy za Systemem szaleli na początku ubiegłej dekady. Podwójny album - Mezmerize i Hypnotize - to duża porcja znakomitej muzyki, w dodatku pięknie wydanej. Taki okaz warto mieć w swojej kolekcji.
Po raz pierwszy wydany: 2005 Recenzowane wydanie: 2005; InsideOut SPV 48472 CD Opakowanie: jewel case (zwykłe plastikowe pudełko, wkładka na cd przezroczysta) Zawartość pudełka: 1 CD + książeczka (12 stron) + tylna okładka
Zawartość CD:
1. Intro: Navigating by the Stars
2. Sequence I: The Weight
3. Sequence II: The Lonely Views of Condors
4. Sequence III: Unbreakable
5. Sequence IV: Stigmata
6. Sequence V: Blue Wide Open
7. Sequence VI: To the Ones Who Have Failed
8. Sequence VII: Lighthouse
9. Sequence VIII: Styx Czas trwania: 63:35
MUZYKA
Myślę, że w życiu każdego wrażliwego na muzykę człowieka są takie utwory, albo całe albumy, z którymi wiążą się bardzo wyraziste emocje, do których nie sposób podejść z obiektywnym, recenzenckim chłodem. Niestety uczuć nie da się wyrazić przy pomocy recenzji, można jedynie zarysować ich siłę, a i tak czytelnik nie będzie w stanie zrozumieć autora, dopóki sam nie poczuje czegoś zbliżonego. Wreszcie, uczucia ubrane w słowa, już są zmienione względem tych pierwotnie w nas powstających i nawet na tym etapie znacznie się od nich różnią. Nie jest więc ani odrobinę użytecznym przelewanie na klawiaturę swoich zachwytów, jeśli miałyby się one składać na rząd mało treściwych dla odbiorcy onomatopei naśladujących westchnienia, okrzyki i inne wyrazy zachwytu nad recenzowaną muzyką. Ponadto trudno jest zrecenzować dzieło, które nam samym wydaje się w pełni idealne, bez skazy, trudno w ogóle się zdobyć na jakiekolwiek krytyczne spojrzenie na coś, w czym przecież nie dostrzegamy żadnych wad.
The Art of Navigating by the Stars wysłuchałem w życiu niezliczoną ilość razy. Odkrywałem tę płytę bardzo długo, zanim zaczęła mnie do siebie naprawdę przekonywać, ale choć odkładałem jej kolejne odsłuchy na później - nie dawała mi spokoju i szybko do niej wracałem. I myślę, że tak jest z prawdziwie piękną muzyką - nie dostrzega się jej geniuszu za pierwszym razem, trzeba dać coś z siebie, by cierpliwemu słuchaczowi odwzajemniła się pełnią swej doskonałości. Popadam w patos, niepodobny jakiemukolwiek obiektywizmowi, ale nie obiecywałem, że w tym tekście będę obiektywny, gdyż zwyczajnie nie potrafię.
Sieges Even miało w swej historii sporego pecha do wokalistów - dopiero przy ostatniej reaktywacji zespołu do składu przyjęty został Arno Menses, obdarzony przepiękną barwą i zadziwiającą skalą. Do zespołu wrócił również jego pierwotny gitarzysta, kompozytor i autor tekstów - Markus Steffen. Połączenie talentu tych dwóch, oraz braci Holzwarth - Olivera odpowiedzialnego za imponujące partie basu i Alexa, dającego wszystkiemu niesamowitą i oryginalną podstawę na bębnach zaowocowało - moim zdaniem - najdoskonalszą progresywną płytą, jaką do tej pory nagrano. Muzyka Sieges Even waha się na pograniczu progresywnego rocka i metalu - nie brak tu drapieżności, ostrych riffów, podwójnej stopy podbitej gamowymi pochodami mięsistego basu - a jednak doskonale pasuje to do przepięknych, melodyjnych wokaliz Mensesa i równie delikatnej gitarowej gry Steffena. Album mieni się od zapierających dech w piersiach, trudnych partii, które Arno zdaje się wyśpiewywać z niewiarygodną lekkością, ale też z odpowiednią siłą tam, gdzie to potrzebne, nie brak tu też kapitalnych solówek Markusa - który zresztą poza elektrykiem sięga też po gitarę akustyczną, radząc sobie z nią równie znakomicie. Na osobną pochwałę zasługują teksty - album to spójny koncept, opowiedziany z poetycką lekkością. Przepiękna symbolika, idealne dopasowanie warstwy tekstowej z muzyczną i bezbłędne wykonanie składają się na magiczną wręcz całość.
Nie potrafię powiedzieć na temat tego dzieła ani jednego złego słowa. Muzykom Sieges Even udało się dokonać rzeczy arcytrudnej, mieszając całą gamę emocji, lecz dużo miejsca poświęcając tym pozytywnym, radosnym i wywołując je niebanalnymi środkami. Istnieje jeszcze może jeden album, który cenię niemal równie wysoko, stąd pozwalam sobie na tak przepełniony pochwałami tekst. Oceny muzyki, w drodze wyjątku, nie będzie, gdyż dla mnie The Art of Navigating by the Stars jest ideałem, nie mieszczących się w żadnych skalach i kategoriach.
WYDANIE
Sieges Even nigdy nie był bardzo popularną grupą, stąd trudno się dziwić, że album nie doczekał się ani specjalnych wydań, ani wyjątkowych wznowień w ciągu sześciu lat od jego premiery. The Art of Navigating By The Stars umieszczono więc w zwykłym, plastikowym pudełku i zaopatrzono w niezbyt bogatą książeczkę. Całość zdobi jednak bardzo ładna szata graficzna. Okładka i grafiki wewnątrz książeczki współgrają z treścią tekstów na płycie. Po wyjęciu płyty z opakowania naszym oczom ukazuje się znak nawiązujący do tytułu dzieła.
W książeczce znajdziemy dwa zdjęcia zespołu, kilka małych grafik, teksty utworów i informacje dotyczące produkcji nagrania. Wszystko rozplanowane w dość ekonomiczny sposób.
PODSUMOWANIE
Niewątpliwie, najistotniejszą częścią albumu jest muzyka i teksty, a te w mojej opinii nie mieszczą się w żadnej skali ocen. Album nie jest zbyt popularny, wprawdzie nie został doceniony w pełni, choć recenzje w progresywnym światku ma zdecydowanie pozytywne, co chyba jest wystarczającą zachętą, by po niego sięgnąć. Wydanie posiada zaś wszystko to, co standardowe wydanie płyty posiadać powinno, jest przy tym estetyczne i pozbawione jakichkolwiek wydawniczych wpadek.
Po raz pierwszy wydany: 21 Listopada 1975 Recenzowane wydanie: 2005; 30th Anniversary Collectors Edition; Parlophone 00946 3 38457 2 5 Opakowanie: czteropanelowy digipack + plastikowy, przezroczysty slipcase Zawartość pudełka: 1 CD + 1 DVD + książeczka (20 stron)
Zawartość CD:
1. Death on Two Legs (Dedicated to...
2. Lazing on a Sunday Afternoon
3. I'm in Love with My Car
4. You're My Best Friend
5. '39
6. Sweet Lady
7. Seaside Rendezvous
8. The Prophet's Song
9. Love of My Life
10. Good Company
11. Bohemian Rhapsody
12. God Save the Queen
Album zremasterowany. Czas trwania: 43:08
Zawartość DVD:
-Zremasterowany album w wersji PCM Stereo (48kHz, 24bit) oraz DTS 5.1 Surround Sound (48kHz) - obie wersje wzbogacone o filmy z fragmentami koncertów, teledyski (utwory nr 3 i 11) lub pokazy zdjęć zespołu
-Komentarz zespołu dotyczący albumu, odtwarzany równolegle z płytą - dźwięk angielski, napisy angielskie, holenderskie, francuskie, niemieckie, włoskie, portugalskie i hiszpańskie
-Opcja wyświetlania tekstów utworów w trakcie odtwarzania
MUZYKA
A Night At The Opera to klasyk. Zostało już o nim napisane tak dużo, że wymyślenie na potrzeby jeszcze jednej recenzji czegoś nowego graniczy z cudem. Ze świecą również szukać wśród fanów rocka osób, które tego dzieła nie słuchały. Nie będę się więc rozwodził na temat muzyki i w kilku krótkich zdaniach oddam sprawiedliwość muzykom Queen.
Czwarty album w karierze zespołu okazał się być przełomowym. Ogromna produkcja, której poświęcono bardzo wiele czasu zachwyca bogactwem i zróżnicowaniem kompozycji, innowacyjnością, muzycznym eklektyzmem i niespotykanymi wcześniej rozwiązaniami. Konstrukcję całości oparto na solidnym, rockowym graniu, łączącym - jak mówi jeden z muzyków - inspiracje muzyką Yes i Led Zeppelin. Jest więc zarówno bardzo melodyjnie, jak i odpowiednio ostro, co słychać już w pierwszym utworze. Obok tradycyjnych rockowych instrumentów ogromną rolę gra fortepian, stały element muzyki Queen. Na tych podstawach zbudowano konstrukcję łączącą elementy dziedzin muzyce rockowej, zdawać by się mogło, bardzo odległych: wodewilu i operetki. Bywa dramatycznie, poważnie, czy smutno, chwilami muzyka zyskuje prostotę i lekkość niemal popową, bywa jednak że artyści nie grają zupełnie na poważnie, serwując utwory takie jak miniaturowy Lazing on a Sunday Afternoon czy Seaside Rendezvous. Patos miesza się z groteską, sentymentalizm i zaduma z rubasznością. Wszystko to kończy jeden z najsłynniejszych utworów w historii rocka - Bohemian Rhapsody - kompozycja monumentalna, wielowątkowa, niezwykle nowatorska i jedyna w swoim rodzaju i nie będzie tutaj w żadnej mierze nadużyciem powiedzieć, że genialna. Album zamyka zaś gitarowa aranżacja brytyjskiego hymnu narodowego, akcent odważny, bo dwuznaczny i pachnący skandalem.
Żadne słowa nie oddadzą nawet w ułamku palety barw, jaką prezentuje A Night at the Opera, wie to każdy, kto poznał ten album choć trochę. Do kompozycyjnego i wykonawczego kunsztu dodać należy perfekcyjną produkcję, dzięki której album nie zestarzał się ani odrobinę, wciąż zaskakując niezwykle przejrzystym, pięknym brzmieniem. Z pewnością jest to album, który każdy szanujący się fan muzyki rockowej znać powinien, ale także dzieło, które można wciąż i wciąż odkrywać na nowo.
DVD
Wersja stereo albumu to nowy mastering w dużej rozdzielczości - nie różni się on w zasadzie od wersji zamieszczonej na płycie CD poza jeszcze lepszą, audiofilską jakością dźwięku. Wersja z dźwiękiem surround jest za to godna uwagi, gdyż zachowując wszystko to, co najlepsze w stereo, "wyciąga" jednocześnie na wierzch wiele elementów, które na albumie słyszalne były mniej. Wszystkie drobiazgi, ozdobniki czy chórki, rozrzucone na sześć głośników brzmią jeszcze bardziej selektywnie i potężnie. Z pewnością zapoznanie się z tym miksem pozawala jeszcze lepiej poznać album i odkryć w nim wiele rzeczy, które dotąd prawdopodobnie słyszeliśmy, ale nie byliśmy ich do końca świadomi. Jakość dźwięku jest naprawdę powalająca, przez co przygoda z A Night at the Opera staje się jeszcze bardziej intensywnym doświadczeniem.
Słuchając muzyki, mamy również na co popatrzeć, gdyż prezentowane są nam w tym czasie filmy z fragmentami koncertów z czasów promocji płyty (okazja do zawołań "jacy oni byli młodzi/szczupli/kudłaci/dziwnie poubierani!"), filmy z fragmentami koncertów bliższych współczesności (okazja do zawołań "ależ oni się zestarzeli!"; choć, gwoli ścisłości, prezentowany jest w zasadzie tylko "stary" Brian May), fragmenty filmów "innych" (stare i bardzo stare fragmenty filmów w żaden sposób z zespołem nie związanych, głównie o charakterze "rozśmieszającym", najlepiej przekonać się samemu o czym mowa, w każdym razie do muzyki pasują one całkiem przyzwoicie) i galerie zdjęć zespołu.
DVD zawiera też opcję trwającego przez cały czas odtwarzania płyty komentarza muzyków, w którym opowiadają oni o zespole, o pracy nad płytą i o wielu innych ciekawych rzeczach, które zainteresują zapewne każdego fana zespołu (piszę "fana", nie zawierając w tej grupie "fanatyków", którzy wchłonęli już mnóstwo dostępnych na rynku - i niedostępnych już także - książek na temat zespołu i jego muzyki, przez co zapewne większość rzeczy opowiedzianych przez muzyków jest im znana).
Bardzo miłym dodatkiem jest też opcja wyświetlania tekstów utworów w trakcie słuchania płyty.
WYDANIE
Jubileuszowe wydanie, które fani otrzymali z okazji trzydziestolecia premiery albumu, jest naprawdę udane. Wprawdzie wytrzymałość digipacków, jako tekturowych pudełek, można - i nie bez powodu - podawać w wątpliwość, jednak mamy tutaj do czynienia z zadziwiająco solidnym materiałem, które mimo kilku lat (ostrożnego, to fakt) użytkowania nie nosi na sobie w zasadzie żadnych jego śladów. Pudełko zresztą nie kurzy się i nie brudzi gdy nie jest używane, gdyż dodano do niego plastikowy (!) slipcase - przezroczysty, z białym paskiem na którym widnieje napis "30th ANNIVERSARY COLLECTORS EDITION CD & DVD" - co okładkę digipacka uchroniło przed dodatkowymi "intruzami" i wygląda ona tak, jak w tradycyjnym wydaniu, z tym że kolorowe logo zespołu jest lekko wypukłe.
Otwierając digipack, pierwsze, co widzimy, to oryginalna informacja o osobach odpowiedzialnych za powstanie albumu (po lewej) i jubileuszowa notka autorstwa Briana Maya oraz dwa zdania od Rogera Taylora (po prawej).
Otwieramy dodatkowe części digipacka i naszym oczom ukazują się osadzone bezpiecznie na dwóch plastikowych rozetkach płyty CD i DVD oraz - na skrajnych częściach - dodatkowe informacje dotyczące nowego wydania a także miniaturowe portrety muzyków.
Prawa część pełni jednocześnie funkcję koperty, w której umieszczono książeczkę. Ta wydrukowana jest również na wysokiej jakości grubym papierze. Zawiera teksty wszystkich utworów i 11 zdjęć pochodzących ze studia, z sesji zdjęciowych, z koncertów i z teledysku.
PODSUMOWANIE
Zawartości muzycznej, co chyba oczywiste, nie sposób dać innej oceny niż najwyższa. Jeśli chodzi o zawartość DVD, również nie ma do czego się przyczepić - muzyka została zmiksowana wzorowo, wersja surround nie krzywdzi albumu, a uwydatnia jego zalety, różni się jednak od wersji stereo dość wyraźnie, by nie można jej było zarzucić bezcelowości. Dodatki w postaci zawartości wizualnej, tekstów i komentarza muzyków są również bardzo na miejscu i zasługują na pochwałę. Brak wprawdzie polskiej wersji napisów, ale nie jest to zarzut w pełni prawomocny, gdyż mamy do czynienia z wydaniem "Made in EU". Fizycznie również jest idealnie - przepiękny, estetyczny digipack, zabezpieczony solidnym slipcasem i do tego porządna książeczka - czego chcieć więcej?